Artykuł stanowi kolejny etap wyprawy pociągiem po Europie z Interrail. Jeśli chcesz ruszyć w podróż od początku, to kliknij tutaj.
Dzień 5 – Wielka Brytania → Holandia → Niemcy → Szwecja

Z Londynu mieliśmy wyjechać o 6:16. Przejazd z hotelu na dworzec zająć miał ok. 40 minut. Trzeba było jednak doliczyć około godziny na wszelkie procedury. A gdy dojechaliśmy tuż przed 5, okazało się, że wcale nie jesteśmy jednymi z pierwszych: kolejka liczyła już setki osób. Bardzo nas zastanawiało, jak będzie postępować jej rozładowywanie, ale szło to niemal zaskakująco sprawnie. Po pół godziny byliśmy już przy stanowisku kontroli bezpieczeństwa i odprawy paszportowej, które razem zajęły około 15 minut. Zaraz po nich trafiliśmy do swoistej poczekalni, która bardziej przypominała tzw. gate na lotnisku, tym bardziej, że ekrany mówiły o „(Final) Boarding”, a peron ogłaszany był na 20 minut przed odjazdem. Tym razem obyło się bez opóźnień. Rozważaliśmy skorzystanie z oferty gastronomicznej nazwanej dumnie Eurostar Café, ale w kwestii posiłków ogranicza się ona do bagietek, quiche i risotto.

Tym razem przesiadka była zaplanowana w Rotterdamie. Choć pierwotnie mieliśmy zjeść coś w okolicy dworca i wyruszać w dalszą podróż do Hamburga o 12:20, wskoczyliśmy do najbliższego pociągu na Utrecht. Uznaliśmy, że skoro i tak mamy po drodze dwie przesiadki, to możemy po prostu wyjechać wcześniej do Utrechtu i tam coś zjeść.
PORADA! Po pobraniu aplikacji przewoźników, którymi zamierzasz się przemieszczać, sprawdź, czy dostępne są schematy dworców. Takie informacje są szczególnie przydatne w przypadku ograniczonego czasu na przesiadkę na dużych stacjach. Niektóre perony mogą być nawet na innym poziomie! Można też wtedy w miarę możliwości zaplanować trasę bez pokonywania schodów.
Holenderskie pociągi nie są szczególnie szybkie ani luksusowe, ale jednego nie można im odmówić: kursują często i mają świetne pokrycie kraju. Jest to najbardziej ruchliwa sieć w Unii Europejskiej i trzecia na świecie (po Szwajcarii i Japonii, na które w KOLEO też sprzedajemy karnety kolejowe). Z reguły pociągi odjeżdżają nie rzadziej niż co godzinę, a między największymi miastami – minimum 4 razy na godzinę.
Do Utrechtu dojechaliśmy po 38 minutach. Bez problemu znaleźliśmy świetne miejsce śniadaniowe całkiem blisko dworca, wypisaliśmy i wysłaliśmy pocztówki, by po chwili wyruszyć w dalszą podróż do Hamburga. Połączenie miało być całkiem dogodne, bo tylko z 1 przesiadką, ale niestety, ponieważ było na nią tylko 8 minut, a już na stacji zobaczyliśmy „+20”, zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną zmianę planów. Pojechaliśmy pociągiem Intercity do Arnhem, miasta zaraz przy granicy Holandii z Niemcami. Tam mieliśmy niemal godzinę na złapanie pociągu regionalnego do Duisburga, gdzie po półtorej godziny jazdy i pół godziny oczekiwania mieliśmy ostatecznie złapać ICE do Hamburga. Jeśli ten plan brzmi szalenie, to tak – taki właśnie był. Było to jednak jedno z niewielu połączeń, które dawały całej grupie komfortowy czas na przesiadkę.

Planem na Hamburg była przede wszystkim kolacja. Zanim jednak udaliśmy się na posiłek, powędrowałem do tzw. Reisezentrum, czyli centrum obsługi podróżnego Kolei Niemieckich (DB). Powód był dość specyficzny: ICE Duisburg-Hamburg był zestawiony z innej jednostki niż planowo, co spowodowało inny układ siedzeń, a w konieczności nieważność wszystkich rezerwacji. Drużyna konduktorska ogłosiła, że w takiej sytuacji możemy się ubiegać o zwrot 100% opłaty za miejscówkę po złożeniu reklamacji właśnie w Reisezentrum. Uznałem, że to świetna okazja na sprawdzenie niemieckich standardów obsługi klienta. Sama procedura przebiegła całkiem sprawnie, kwestia sprowadziła się do wytłumaczenia sytuacji, pokazania maila i otrzymaniu zwrotu środków… w gotówce. Tego ostatniego nie spodziewałem się ani trochę, ale faktem jest, że nie musiałem czekać na żadne przelewy! Zaraz potem te pieniądze zostały jednak wydane na jedzenie i udaliśmy się w dalszą podróż – pociągiem nocnym do Sztokholmu. Planowo mieliśmy odjechać o 22:03, w najgorszym momencie opóźnienie szacowano na 2 godziny, ale ostatecznie wyniosło „jedyne” 51 minut. Jak to mówią: „opóźnienie może ulec zmianie”.
Dzień 6 – Szwecja → Dania
Obudziliśmy się około 8:00, kiedy to podano pierwszy komunikat po ciszy nocnej. W Sztoholmie mieliśmy być o 10:00, więc powinniśmy już być na terenie Szwecji. „Ladies and Gentlemen, we are approaching Copenhagen Lufthavn”. Zaraz, Kopenhaga? Tak właśnie. Wkrótce po tej informacji podano więcej szczegółów: nasz pociąg niestety doznał dodatkowych kilku godzin opóźnienia w okolicy stacji granicznej Padborg, a powodem tego był wypadek z udziałem człowieka. I choć wiem, że dla większości z nas 4 godziny opóźnienia to absolutny skandal, nasza reakcja była wtedy… nad wyraz spokojna. Może uspokoiły nas skandynawskie krajobrazy za oknem, kto wie. Czuliśmy się jednak wyspani i uznaliśmy, że tych kilka godzin będzie super na spokojne ogarnięcie się i zaplanowanie dalszej części dnia.
Do Sztokholmu dotarliśmy po 14, co w połączeniu z planem powrotu po 23:00 dawało nam niezbyt dużo czasu. Zdecydowaliśmy się odwiedzić Skansen, ale ten oryginalny! To właśnie od sztokholmskiego ogrodu przyjęło się określać tym słowem muzea na wolnym powietrzu. Spędziliśmy tam około 2 godzin i choć zobaczyliśmy wiele, dużo też pominęliśmy. Warto więc zaplanować trochę więcej czasu. Tym bardziej, że dzieje się tam wiele ciekawych rzeczy. Jedną z nich są warsztaty, które odbywają się w domkach na terenie Skansenu. Pokazują pracę różnych profesji, takich jak garncarz, kowal czy piekarz. Skansen znajduje się na wzniesieniu, dzięki czemu jest doskonałym miejscem do podziwiania panoramy Sztokholmu. Po powrocie do centrum poszukaliśmy miejscówki z jedzeniem, zrobiliśmy małe zakupy, wysłaliśmy pocztówki i udaliśmy się ponownie na dworzec Stockholm C (od Centralstation). Tam po 23:00 wsiedliśmy do pociągu nocnego w kierunku Malmö.



